proza,  Twórczość literacka

Ostatni dzień, ostatni sen.

Dzwonek do drzwi wyrwał ją z zamyślenia. Stale dzwonił. Kilkanaście razy dziennie, może więcej. Ktoś wchodził, ktoś wychodził. Ona nie.
Potrzeba napicia się kawy i zapalenia papierosa zmusiła do wstania. Otuliła się kocem, jedynym przejawem ciepła jaki miała. Z kubkiem gorącego napoju w ręku poszła do swojego ulubionego miejsca. Wyjęła papierosy z kieszeni i zapaliła, jeden, drugi, trzeci, dopóki nie skończyła się kawa. Dym wypełniał specjalnie wyznaczone do tego pomieszczenie i znikał w nigdy nie zamykanym oknie kłębiąc się wśród krat. Siedziała i wycierała łzy. Płynęły same niezrozumiałym potokiem.
 
– Poranki są najgorsze – powiedział doktorek wkładając tytoń do gilz.
 
Przyglądała się małemu urządzeniu, które produkowało niezbędny dla niektórych produkt. Pozwolił jej spróbować, co oderwało na pewien czas od myślenia o tym, o czym chciała zapomnieć.
Pomieszczenie powoli wypełniało się innymi osobami, które szukały ukojenia we wdychaniu i wydychaniu dymu. Zrobiło się szaro, ale nikomu to nie przeszkadzało. Najważniejsza była solidarność i rozmowa, co i tak w żaden sposób nie poprawiało jej sytuacji.
Kubek z kawą opróżnił się. Wyszła na korytarz szurając kapciami w kierunku bezpiecznego miejsca, którym było dla niej łóżko. Zatrzymały ją słowa wypowiadane przez kogoś z gorliwością świętego:
 
– Matko Boska, dziękuję Ci, że wskazałaś mi drogę do Pana naszego jedynego, która zaprowadzi mnie do zbawienia.
 
Na środku jednej z sal klęczał młody chłopak ze złożonymi dłońmi do modlitwy i głową uniesioną w górę. Reszta osób nie zwracała na niego większej uwagi. Popatrzyła myśląc:
 
Biedaczek, znalazł ukojenie. Ciekawe na jak długo?
 
Chłopak dalej odprawiał swoje modły, a ona wróciła do siebie przykrywając się szczelnie kocem.


Ledwie zamknęła oczy, kiedy do sali wpadła Bożenka i zakłóciła kojącą ciszę.
 
– Mogę się przejrzeć? – zapytała szybko – chcę zobaczyć czy te korale mi pasują.
 
Nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo Bożenka już podziwiała swoje odbicie w małym lusterku, które stało na jej szafce.
 
– Ładnie mi w nich? – spytała
 
Co mnie obchodzą twoje korale? – powiedziała w myślach, a potem bąknęła od niechcenia:
 
– Tak ładnie, pasują do koloru ust.
– A ma pani szminkę?
– Nie mam, bez szminki też jest pięknie.
 
Bożenka zadowolona usiadła na łóżku.
 
– Chora pani? – zapytała z troską.
 
Nie, na wczasy tu przyjechałam – pomyślała zirytowana przymykając oczy.
 
– Niech się pani nie martwi- ciągnęła dalej – ja tu jestem szósty tydzień i to trzeci raz. Za jakiś czas się pani polepszy.

No tobie to się chyba nie polepszyło – cisnęło jej się na usta, ale uśmiechnęła się tylko niechętnie, a Bożenka wybiegła na korytarz w poszukiwaniu szminki pasującej odcieniem do biżuterii.


Zasnęła. Nareszcie chwila spokoju. Śniło jej się morze. Było czerwone, a ona stała nad jego brzegiem. Fale obmywały stopy, zostawiając ślady na skórze. W pewnym momencie rozstąpiło się unosząc w górę. Zobaczyła dno. Wąwóz, jaki utworzyło, wyglądał jak rozcięta rana.
 
– Wejdziesz? – usłyszała głos, który brzmiał jakby wydobywał się z groty – zapraszam.
 
Powoli stąpała po mokrym piasku i patrzyła na ściany uniesionej wody. Spływające krople przypominały strużki umykającego życia. Z oddali słyszała swoje imię wypowiadane na przemian jak echo, które zamiast zanikać stawało się coraz bardziej wyraźne. W pewnym momencie szczelina zaczęła się zamykać, a krople spadać na nią niczym deszcz. Było ich coraz więcej i więcej, aż w końcu morze zamknęło się i wchłonęło ją do środka. Próbowała wypłynąć na powierzchnię, ale nie mogła. Poczuła, że brakuje jej powietrza i zaczyna się dusić…
 
Kiedy się obudziła, siedziała na łóżku zlana potem. Co za koszmar – pomyślała opadając z powrotem na łóżko.
– Strasznie się wierciłaś – powiedziała jedna z kobiet na sali.
– Śniło mi się, że umieram.
– To akurat nie nowość – odparła poklepując ją po ramieniu- wstawaj na śniadanie.


Smarowanie kanapek widelcem było dotąd czymś nieznanym. Nie pozwalano używać noży, tak jak pasków, ładowarek do telefonów i tym podobnych rzeczy. Wszystko zostało zabrane, a korzystanie z nich było możliwe tylko pod kontrolą personelu.
Brak noży był oczywisty, ale innymi sztućcami też można było zrobić krzywdę, sobie lub komuś. Może chodziło o nauczenie się nowej czynności, aby mózg utworzył inne połączenia neuronowe i lepiej działał? Tak, sprawne działanie tego narządu było tam potrzebne wszystkim przebywającym.
 
Po śniadaniu jak zwykle porcja leków i obchód. Potem wizyta u psychologa. Pani miała kamienną twarzą i z uwagą robiła notatki, a ona opowiadając niechciany epizod w życiu, miała wrażenie, że odziera się ze skóry. Płat po płacie, zrywała warstwy siebie i docierała tam, gdzie tętniło niewyczerpane źródło bólu. W pewnym momencie przestała mówić, a kobieta pisała dalej.
 
Po co to wszystko?- pomyślała – przecież nikt za mnie tego nie przeżyje, ani nie sprawi, że nagle zniknie.
 
Rozmowa wydała jej się bez sensu, ponieważ ciągłe wyjaśnianie instrukcji łamania serca w drobny mak, męczyło ją, tym bardziej że nie usłyszała od swojej słuchaczki niczego, co pomogłoby poczuć się lepiej.
Gdy wróciła, myślała tylko o zbawiennym papierosie. Po drodze do najbardziej uczęszczanego miejsca na oddziale natknęła się na pana Jurka, który znów gonił swojego sąsiada z siekierą.
Fikcja, która włada ludźmi, ma zabójczą moc. Trzyma ich w niewoli i nie pozwala być tym, kim są naprawdę.
W palarni spotkała Tomka, alkoholika na odwyku z niezbyt ciekawą przeszłością. Podobała mu się, a sympatia jaką okazywał, wydała jej się zabawna. Miała okazję przeżyć miłość w miejscu, do którego nikt nie powinien trafiać i to z osobą zupełnie dla niej nieodpowiednią. Co za ironia losu. Popaprańcy przyciągają podobnych sobie, żeby znów mieć takie same życie. Jakby tego tylko jej brakowało.
Popołudnie spędziła czekając na odwiedziny i wiadomość od kogoś, kto miała nadzieję, że napisze. Jednak nikt się nie pojawił, a telefon milczał. Czas spędziła w znajomym towarzystwie oglądając telewizję. Doktorek przytulał się do swojej ukochanej schizofrenii, chłopak, który odnalazł drogę do Boga chwilowo przestał nią podążać, Bożenka fruwała po oddziale, a pan Jurek wreszcie dogonił sąsiada. Reszta osób pojawiała się na chwilę, a potem znikała w swoim świecie. Tak jak starszy pan w piżamie, który zupełnie nie wiedział gdzie jest i błądził chodząc z miejsca na miejsce z chusteczką do wycierania oślinionych ust.
 
Dzień kończył się dla większości o godzinie dwudziestej pierwszej, kiedy to wszyscy ustawiali się w kolejce do gabinetu pielęgniarek z kubkiem w ręku i połykali swoje leki, po czym otwierali szeroko usta pokazując, że tabletki trafiły tam, gdzie trzeba. Zupełnie jak dzieci czekające na cukierki, które miały osłodzić marny los.

Po wieczornej toalecie położyła się do łóżka. Nie miała problemów z zasypianiem, leki były w tym bardzo pomocne. Znów miała sen. Tym razem była na łące. Biegała wśród kwiatów w zwiewnej sukience, a słońce ogrzewało jej twarz. Zachwycała się otaczającym pięknem i słuchała śpiewu przelatujących ptaków. W pewnym momencie łąka zniknęła i znalazła się nad przepaścią. Ogromna czeluść była tak głęboka, że zdawała się nie mieć końca. Zauważyła, że po drugiej stronie ktoś stoi i uśmiecha się przyjaźnie.
 
– Chodź tu, czekam na ciebie – powiedział nieznajomy.
 
Cofnęła się i zaczęła biec w jego kierunku. Nie patrzyła w dół niesiona wiatrem zbliżając się do upragnionego celu. I kiedy już miała dotknąć wyciągniętej ręki mężczyzny, zaczęła spadać. Szybko, coraz szybciej… Nie czuła nic, oprócz tego, że jej ciało znika. Kawałek po kawałku, jakby przestawała istnieć. Zrobiło się ciemno. Mrok wypełnił wszystko.
 
Nie miała więcej snów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *